W globalnej klasyfikacji charytatywnego biegu Wings for Life World Run w Bredzie ustanowił swój nowy rekord (54,44 km), a poza tym zajął 2. miejsce na świecie w kategorii wózki; 3. w kategorii wiekowej; 7. wśród Polaków i 39. w światowej klasyfikacji open.
Ręce same składają się do oklasków, a sam mistrz informuje, że ustanowił swój nowy rekord, poprawiając wynik z zeszłorocznej edycji w Monachium o cztery kilometry i tym samym zostając zwycięzcą w kategorii wózki. W klasyfikacji open był siódmy oraz zwyciężył w kategorii wiekowej!
W dniu 13 maja br. na stronie EWNS znalazło się podsumowanie WINGS FOR LIFE, w którym Piotr Gołębiewski pisze: „To była jazda bez trzymanki! Nie jestem w stanie opisać tego wyścigu kilkoma, czy nawet kilkunastoma zdaniami, dlatego będzie dłużej, ale zapewniam Was, że warto doczytać do końca, ponieważ to był jeden z tych wyścigów ulicznych na wózku, gdzie potrzebowałem wspiąć się na wyżyny swoich umiejętności pokonywania przeszkód, a także mentalnie i fizycznie, zapominając przy tym o wcześniejszych problemach z kółkami i kostką.
Breda to piękne XIV-wieczne, historyczne miasto, położone w południowej Holandii (Brabancja Północna) słynące z malowniczej starówki i… brukowanych uliczek. Z informacji jakie udało mi się zebrać, wiedziałem, że będzie płasko z dwoma solidnymi podjazdami na całej 25-kilometrowej pętli. Wiedziałem też, że jest dużo, bardzo dużo kostki brukowej – tej lepszej i tej zdecydowanie gorszej.
Jeszcze przed startem podjechały do mnie dwie panie na rowerach, mówiąc mi, że przez całą trasę będę miał support (asystenta). Ta dziewczyna, Lisa – fizjoterapeutka oraz pasjonatka jazdy rowerem była zdecydowanie ze mną w teamie i wykonała swoją „robotę” na szóstkę z plusem. Na linii startu ustawiłem się po prawej stronie z tymi „lepszymi”. Wszyscy wystrzelili jak z procy, ale zdecydowanie szybciej poleciała o dziwo lewa strona. Ja skupiłem się na liczeniu, ilu uczestników z mojej prawej strony ucieknie, gdyż wiedziałem, że po mojej prawej stronie są faworyci do zwycięstwa.
800 metrów i jestem zdecydowanie w czubie, gdzie zaczęła formować się stawka biegaczy próbujących odskoczyć całej reszcie. Lecę za nimi, nie dając im uciec. Mało tego, zwietrzyłem szansę ustawić się za dwójką prowadzących, którzy biegli jeden za drugim i do drugiego kilometra jechałem trzeci. Tempo było odpowiednie, ale pomyślałem sobie, że może by tak przycisnąć, póki mam dobrą nawierzchnię i tak też zrobiłem. Wyskoczyłem na prowadzenie i zacząłem odjeżdżać tej dwójce. Na ok. 3-4 km miałem już kilkaset metrów przewagi no i wtedy zaczęły się schody, a raczej kostka…
Przejeżdżając przez stare miasto po nawierzchni z kostki, straciłem prędkość i zacząłem spadać na dalsze miejsca. Gdy nawierzchnia się zmieniła na asfaltową to przyspieszałem, ale tutaj też było różnie, bo różnej jakości asfalt ma ogromne znaczenie co do szybkiej jazdy. W każdym razie – przez starówkę trzeba było przejechać…
Po pierwszej pętli wiedziałem już, że będzie ciężko, zwłaszcza na tych długich odcinkach z kostki, która bardzo mnie spowolniała i traciłem bardzo dużo siły. Kombinowałem jak tylko mogłem, by jechać jak najszybciej, a Lisa pomagała mi, informując kibiców oraz przechodniów gwizdkiem, że jadę po chodniku.
Przed czterdziestym kilometrem zapytałem moją asystentkę, gdzie jest Samochód Pościgowy i odpowiedziała, że… pięć minut za nami! Byłem zrezygnowany, bo wiem, ile wkładałem serducha, by jechać jak najszybciej, a mimo to nic z tego nie wyszło! Tak myślałem. Minąłem czterdziesty kilometr, potem dystans maratonu, 45 km, 47, 49 a auta pościgowego ani widu, ani słychu. Moim celem było przejechać minimum 50 km i jak tylko minąłem flagę z oznaczeniem 50 km, razem z Lisą wybuchliśmy ogromną radością, a z nami mnóstwo kibiców, którzy dopingowali na trasie tak, jak by to grali pupile oranje. Ten doping niósł mnie na skrzydłach mojego wózka po więcej... Za pięćdziesiątym kilometrem dowiedziałem się, że auto jest (prawdopodobnie) jakieś osiem minut za mną i wtedy powiedziałem do Lisy: concentration and lets go!
Jechałem tak mocno, jak tylko pozwalała mi na to nawierzchnia. Samochód Pościgowy dopadł mnie na 54,44 km. Radości nie było końca! W tym miejscu serdeczne podziękowania dla Ciebie Lisa. Tijdens de hardloopwedstrijd was jij mijn beschermengel. Dziękuję także Patrycji i Michałowi za... nakarmienie mnie, bym miał siłę na bieg oraz Bobowi, który poświęcił nam czas i wspierał przez cały bieg. Podsumowując. To był pięknie spędzony czas w Holandii, a atmosfera na ulicach Bredy podczas biegu rozwaliła mnie na łopatki! Czegoś takiego jeszcze nie przeżyłem. Ludzie tak mocno dopingowali i tak serdecznie, że łezka nie raz zakręciła mi się w oku i to dodawało mi siły, a przez cały dystans wspierała mnie Lisa, mówiąc takie słowa, które zapamiętam na długo...”
Projekt Wings for Life World Run Breda realizowany jest przy współpracy z firmą ELEM – Dobra energia w Twojej inwestycji oraz Stowarzyszeniem Z pasji do sportu, TEAM EWNS. Jeśli jednak ktoś pomyślałby, że po takim wyczynie nasz mistrz odpoczywa, to warto wspomnieć tylko, że w ostatnią niedzielę, 17 maja br. dołożył do swojej listy kolejnych zwycięstw I miejsce w Piastowskim Festiwalu Biegowym Półmaraton Kruszwica – Inowrocław.
Piotr Gołębiewski informuje o tym krótkim wpisem: „W zakończonym przed kilkoma chwilami Piastowskim Festiwalu Biegowym zwyciężam na dystansie półmaratonu z Kruszwicy do Inowrocławia z czasem 01:23:53 min i tym samym zapisuję szóste „biegowe” zwycięstwo w tym sezonie...”.
Oprac. B. Walas
Fot. EWNS
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze