Są spotkania autorskie, które układają się zgodnie z planem: anegdota, pytanie, śmiech, podpis w książce. I są takie, w których plan zostaje delikatnie unieważniony przez… przypadek. Wąbrzeskie spotkanie z Arturem Andrusem 19 maja w bibliotece należało do tej drugiej kategorii.
Zaczęło się jeszcze zanim padło pierwsze zdanie. Gość przyjechał do Wąbrzeźna… za wcześnie. Bez transportu, bez fanfar – więc po prostu ruszył pieszo z dworca. Kilka kilometrów dalej, gdzieś na wysokości sklepu niemieckiej sieci, „uratowała” go przypadkowa kierująca. W kronice biblioteki zostawił później lakoniczny, jakby mimochodem rzucony komentarz: „Daleko z dworca”. Już w tym jednym zdaniu było wszystko: dystans, autoironia i czułe mrugnięcie okiem do miejsca, w którym zaraz miało wydarzyć się coś więcej niż kolejny wieczór z humorem.
Bo ten wieczór – choć pełen śmiechu – miał też swoją własną, cichą oś. Najpierw była anegdota. O Stefanii Grodzieńskiej i o pytaniach zaczynających się od „czy pani pamięta…”. Publiczność podchwyciła rytm. A potem – jakby w odpowiedzi na opowieść – padło pytanie z pierwszego rzędu: – Czy pamięta pan, co napisał pan w liście w 1994 roku?
Śmiech wybrzmiał krótko. Bo szybko okazało się, że to nie żart. List istniał. I nagle – po ponad trzech dekadach – wrócił do nadawcy. Na scenie, przy pełnej sali. Młody dziennikarz Programu III Polskiego Radia pisał w nim do Aleksandry Bacińskiej, wąbrzeskiej poetki, z propozycją współpracy, z prośbą o teksty, z obietnicą miejsca dla jej twórczości. List był pełen zawodowej ciekawości i młodzieńczej odwagi, tej szczególnej energii, z której rodzą się późniejsze drogi.
Teraz – po latach – spotkały się dwie historie: ta zapisana na papierze i ta, która wydarzyła się między ludźmi. Zaskoczenie Andrusa było autentyczne. Wzruszenie – nie do ukrycia. Na chwilę czas się zapętlił, a sala dostała coś więcej niż anegdotę: moment, w którym przeszłość przyszła na spotkanie.
Dalej wszystko toczyło się już w dobrze znanym rytmie: opowieści o ludziach, z którymi przyszło mu pracować, wspomnienia o Czubaszek, historie ze „Szkła kontaktowego” i „Spadkobierców”, błyskotliwe riposty, które nie potrzebują puenty, bo same nią są. A przy tym charakterystyczna dla Andrusa skromność – mówienie mniej o sobie, więcej o innych, jakby najważniejsze zawsze działo się gdzieś obok.
Publiczność reagowała żywo i szczerze. „Było radośnie, wesoło i z humorem, stosownie do osobowości i zainteresowań pana Artura Andrusa. Byłam, słuchałam, śmiałam się do łez. To było mega spotkanie” – podsumowała Urszula Fladrowska. W tych kilku zdaniach zawarła się esencja wieczoru: śmiech, który nie jest tylko reakcją, ale wspólnym doświadczeniem.
Podobny ton pobrzmiewał w kolejnych głosach. „Jeśli jest taki wspaniały gość, to i oczywiście spotkanie wspaniałe. Wiersz o Wąbrzeźnie fantastyczny i zapewne „pójdzie w świat’!” – pisała Aleksandra Kurek, dodając półżartem, półserio sugestię, by Andrus pojawił się kiedyś na festiwalowej scenie u boku Aleksandry Bacińskiej. „Było artystycznie cudnie, a humor na wysokim poziomie, jak zwykle u Andrusa”.
Na zakończenie Artur Andrus sięgnął po formę, którą od lat rozwija: krótkie, żartobliwe ballady o miejscach, do których trafia. Część z nich złożyła się na tom „Antylopa z Podbeskidzia” – zbiór tekstów inspirowanych lokalnymi historiami, często zaczerpniętymi z gazet i internetowych doniesień.
Wąbrzeźno właśnie dołączyło do tej mapy. Jak się okazało, Andrus nie przyjechał tu „w ciemno”. Jeszcze przed spotkaniem przejrzał lokalne media społecznościowe. Jego uwagę przykuła relacja z zawodów wędkarskich – i to ona stała się zaczynem dla nowego utworu.
Tak powstała „ballada wąbrzeska” – napisana na miejscu, dla konkretnej publiczności, osadzona w lokalnych realiach, a jednocześnie uniwersalna w swoim humorze.
„Romeo i Julio, Wąbrzeźno 2026”
O najpiękniejsza! O bogini!
Godzin tęsknoty nie policzę,
Biegnę do Ciebie aż Pod Młynik
I przez Osiedle Robotnicze.
I sam się sobie nieraz dziwię,
Kiedy mi z oczu płyną łzy,
Że idę nocą pod Myśliwiec,
Marząc, że przyjdziesz tam też ty.
I nie wiem czemu liczę dziś na
Czułości chwilę, i dlaczego
Ty jesteś pani jak kapryśna
Ryba z jeziora Zamkowego.
Szedłem do Ciebie przez pół miasta,
I padał na mnie z nieba deszcz,
Czemu ty jesteś humorzasta
Jak płoć wąbrzeska albo leszcz?
Żaru miłości nie ugasim,
Chociaż nikt nie wie, co się stanie,
Ty mieszkasz na Osiedlu Ptasim,
A ja mam raczej rzadkie branie.
Pokochaj ty mnie wreszcie, weź no!
I pójdźże wreszcie w me ramiona…
I zapamiętaj, że Wąbrzeźno
Znaczy po włosku Werona!
Lekkość tej frazy nie unieważniała jednak tego, co wydarzyło się wcześniej. Przeciwnie – dopowiadała wieczór, który był jednocześnie zabawny i nieoczekiwanie poruszający. „Dawno tak nie urzekł mnie żaden Gość” – przyznała Mirosława Górna. „Radosny i pełen salw śmiechu był to czas. Na długo zostanie w naszych głowach”. Trudno o trafniejszą puentę.
Bo choć na koniec były jeszcze autografy, rozmowy, zdjęcia – to w pamięci wielu osób zostało przede wszystkim to jedno pytanie. I list, który po 32 latach wrócił, żeby na chwilę zatrzymać czas.
(ak), fot. nadesłane
Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.
Komentarze