Reklama

List, który wrócił. I wieczór, który zaczął się od jego echa

Gazeta CWA
05/06/2026 12:55

Są spotkania autorskie, które układają się zgodnie z planem: anegdota, pytanie, śmiech, podpis w książce. I są takie, w których plan zostaje delikatnie unieważniony przez… przypadek. Wąbrzeskie spotkanie z Arturem Andrusem 19 maja w bibliotece należało do tej drugiej kategorii.

Zaczęło się jeszcze zanim padło pierwsze zdanie. Gość przyjechał do Wąbrzeźna… za wcześnie. Bez transportu, bez fanfar – więc po prostu ruszył pieszo z dworca. Kilka kilometrów dalej, gdzieś na wysokości sklepu niemieckiej sieci, „uratowała” go przypadkowa kierująca. W kronice biblioteki zostawił później lakoniczny, jakby mimochodem rzucony komentarz: „Daleko z dworca”. Już w tym jednym zdaniu było wszystko: dystans, autoironia i czułe mrugnięcie okiem do miejsca, w którym zaraz miało wydarzyć się coś więcej niż kolejny wieczór z humorem.

Bo ten wieczór – choć pełen śmiechu – miał też swoją własną, cichą oś. Najpierw była anegdota. O Stefanii Grodzieńskiej i o pytaniach zaczynających się od „czy pani pamięta…”. Publiczność podchwyciła rytm. A potem – jakby w odpowiedzi na opowieść – padło pytanie z pierwszego rzędu: – Czy pamięta pan, co napisał pan w liście w 1994 roku?

Reklama

Śmiech wybrzmiał krótko. Bo szybko okazało się, że to nie żart. List istniał. I nagle – po ponad trzech dekadach – wrócił do nadawcy. Na scenie, przy pełnej sali. Młody dziennikarz Programu III Polskiego Radia pisał w nim do Aleksandry Bacińskiej, wąbrzeskiej poetki, z propozycją współpracy, z prośbą o teksty, z obietnicą miejsca dla jej twórczości. List był pełen zawodowej ciekawości i młodzieńczej odwagi, tej szczególnej energii, z której rodzą się późniejsze drogi.

Teraz – po latach – spotkały się dwie historie: ta zapisana na papierze i ta, która wydarzyła się między ludźmi. Zaskoczenie Andrusa było autentyczne. Wzruszenie – nie do ukrycia. Na chwilę czas się zapętlił, a sala dostała coś więcej niż anegdotę: moment, w którym przeszłość przyszła na spotkanie.

Reklama

Dalej wszystko toczyło się już w dobrze znanym rytmie: opowieści o ludziach, z którymi przyszło mu pracować, wspomnienia o Czubaszek, historie ze „Szkła kontaktowego” i „Spadkobierców”, błyskotliwe riposty, które nie potrzebują puenty, bo same nią są. A przy tym charakterystyczna dla Andrusa skromność – mówienie mniej o sobie, więcej o innych, jakby najważniejsze zawsze działo się gdzieś obok.

Publiczność reagowała żywo i szczerze. „Było radośnie, wesoło i z humorem, stosownie do osobowości i zainteresowań pana Artura Andrusa. Byłam, słuchałam, śmiałam się do łez. To było mega spotkanie” – podsumowała Urszula Fladrowska. W tych kilku zdaniach zawarła się esencja wieczoru: śmiech, który nie jest tylko reakcją, ale wspólnym doświadczeniem.

Reklama

Podobny ton pobrzmiewał w kolejnych głosach. „Jeśli jest taki wspaniały gość, to i oczywiście spotkanie wspaniałe. Wiersz o Wąbrzeźnie fantastyczny i zapewne „pójdzie w świat’!” – pisała Aleksandra Kurek, dodając półżartem, półserio sugestię, by Andrus pojawił się kiedyś na festiwalowej scenie u boku Aleksandry Bacińskiej. „Było artystycznie cudnie, a humor na wysokim poziomie, jak zwykle u Andrusa”.

Na zakończenie Artur Andrus sięgnął po formę, którą od lat rozwija: krótkie, żartobliwe ballady o miejscach, do których trafia. Część z nich złożyła się na tom „Antylopa z Podbeskidzia” – zbiór tekstów inspirowanych lokalnymi historiami, często zaczerpniętymi z gazet i internetowych doniesień.

Reklama

Wąbrzeźno właśnie dołączyło do tej mapy. Jak się okazało, Andrus nie przyjechał tu „w ciemno”. Jeszcze przed spotkaniem przejrzał lokalne media społecznościowe. Jego uwagę przykuła relacja z zawodów wędkarskich – i to ona stała się zaczynem dla nowego utworu.

Tak powstała „ballada wąbrzeska” – napisana na miejscu, dla konkretnej publiczności, osadzona w lokalnych realiach, a jednocześnie uniwersalna w swoim humorze.

Romeo i Julio, Wąbrzeźno 2026”

O najpiękniejsza! O bogini!

Godzin tęsknoty nie policzę,

Reklama

Biegnę do Ciebie aż Pod Młynik

I przez Osiedle Robotnicze.

I sam się sobie nieraz dziwię,

Kiedy mi z oczu płyną łzy,

Że idę nocą pod Myśliwiec,

Marząc, że przyjdziesz tam też ty.

I nie wiem czemu liczę dziś na

Czułości chwilę, i dlaczego

Ty jesteś pani jak kapryśna

Ryba z jeziora Zamkowego.

Szedłem do Ciebie przez pół miasta,

I padał na mnie z nieba deszcz,

Czemu ty jesteś humorzasta

Jak płoć wąbrzeska albo leszcz?

Żaru miłości nie ugasim,

Chociaż nikt nie wie, co się stanie,

Ty mieszkasz na Osiedlu Ptasim,

A ja mam raczej rzadkie branie.

Reklama

Pokochaj ty mnie wreszcie, weź no!

I pójdźże wreszcie w me ramiona…

I zapamiętaj, że Wąbrzeźno

Znaczy po włosku Werona!

Lekkość tej frazy nie unieważniała jednak tego, co wydarzyło się wcześniej. Przeciwnie – dopowiadała wieczór, który był jednocześnie zabawny i nieoczekiwanie poruszający. „Dawno tak nie urzekł mnie żaden Gość” – przyznała Mirosława Górna. „Radosny i pełen salw śmiechu był to czas. Na długo zostanie w naszych głowach”. Trudno o trafniejszą puentę.

Bo choć na koniec były jeszcze autografy, rozmowy, zdjęcia – to w pamięci wielu osób zostało przede wszystkim to jedno pytanie. I list, który po 32 latach wrócił, żeby na chwilę zatrzymać czas.

Reklama

(ak), fot. nadesłane

Reklama

Komentarze opinie

Podziel się swoją opinią

Twoje zdanie jest ważne jednak nie może ranić innych osób lub grup.

Najnowsze rolki



Reklama

Wideo wabrzezno-cwa.pl




Reklama